Przepowiadam przeszłość

Tekst: Katarzyna Rzehak

Fotografie na tekturkach są cenniejsze od tych na cienkim papierze, liczą się też odręczne dedykacje czy opisy na odwrociach. Najważniejsze jest oczywiście to, co na zdjęciu. Znane postaci, aktorzy, arystokraci, osobliwe sytuacje lub osoby są najbardziej poszukiwane. Kiedy wygrzebuję fotografie w warszawskich antykwariatach, na targu staroci na Kole, czuję się tak, jakbym coś ocalała. Jakbym jednym dawała szansę, a innym ją odbierała. Zawsze jednak mam wyrzuty sumienia. Zdjęcie bez człowieka, który rozpoznaje przedstawione na nim osoby, nie ma sensu. Jest bezpańskie i bezwartościowe. To, że przetrwało tyle lat, jest przecież wyłącznie zasługą czyjegoś sentymentu i pamięci. Teraz ja jestem dla niego szansą ocalenia, nowego życia.

Bogna Gniazdowska

Kiedy jeszcze na studiach odkryłam w domu tekturowe pudełko pełne zapisków, starych dokumentów i zdjęć mojego dziadka, wiedziałam, że nie mogę tego wszystkiego tak po prostu zostawić. Wtedy profesor Ryszard Winiarski, widząc mój zapał do rozszyfrowywania przeszłości, przykazał mi zająć się tym. Przeczytałam pamiętniki dziadka, uczestnika wojny 20. roku i zrozumiałam, że historia ma nie tylko wymiar uniwersalny, ale że przekłada się na losy konkretnych ludzi. Przeszłość jest bardzo blisko nas. Tylko że my, w pędzie współczesnego świata, w natłoku informacji, nie dostrzegamy tego. Kiedyś świat był wolniejszy, cichszy, właściwie monochromatyczny. Teraz wszystko pędzi, atakuje hałasem, wrzeszczy kolorem i bez pardonu wdziera się w nas. Dlatego przeszłość jest wytchnieniem.

Bogna Gniazdowska

Fotografie, które gromadzę, są jak podglądanie tamtego świata. Jestem obserwatorem. Nie przebieram się za ludzi z tych zdjęć, nie kopiuję, tylko opowiadam wszystko raz jeszcze, po swojemu. Nigdy nie poznam ich prawdziwej historii, więc muszę sama wymyślić klucz, który wyjaśni tajemnice. To takie przepowiadanie przeszłości. Nadaję kolor, upraszczam, dodaję. Bywa, że biorąc fotografię do ręki, od razu widzę obraz, a w głowie układa mi się cała historia. Tak jak w obrazie „Bilecik”.

Bogna Gniazdowska

Kiedy zobaczyłam fotografię tej korpulentnej, skośnookiej dziewczyny, nie miałam wątpliwości, że muszę ją namalować. Od razu miałam też opowieść: ona zrobiła to zdjęcie dla męża, który jest w wojsku. W ręce trzyma list z wiadomością, że spodziewa się dziecka. Wyśle mu teraz zdjęcie i list. Wzywa go w ten sposób do powrotu. Dramatyczny list, dramatyczna historia. Malowałam to sześć razy. Za każdym razem wychodziła inna osoba, którą przebierałam jak lalkę. To miała wianek, to znów go jej zdejmowałam, raz posągowa, innym razem flirciara. Wykorzystałam ją strasznie. W końcu dodałam jej lorgnon i trochę spoważniała.

Bogna Gniazdowska

To moje grzebanie w zdjęciach jest jak praca detektywa. Bliźniaczki, które namalowałam w obrazie „Teatrzyk”, wyśledziłam później na kolejnej fotografii znalezionej w innym miejscu. Mimo że były już starsze, z długimi, rozpuszczonymi włosami – rozpoznałam je. Intrygują mnie bliźnięta, bo to rodzaj cudu. Bywa, że sama, malując, kogoś podwoję. Siostry z „Teatrzyku” to może siedmio-, ośmiolatki z braciszkiem urwisem. Scena wystylizowana na szkolną ławę. One grzeczne i przytulone do siebie, on odsunięty od nich. Widać, że to osobne światy. Dodałam im kukiełki, a chłopcu kulki. Bardzo lubię takie szklane kulki, symbol dziecięcej zabawy. Ale na obrazie ułożyłam je tak, jak układa się kule armatnie, dając chłopcu mały arsenał. To oczywiście oko do widza, ale dobór tych atrybutów nie jest przypadkowy.

Bogna Gniazdowska

W ogóle atrybuty są dla mnie bardzo ważne. W obrazie „Spółka” położyłam na stole pęk trzech kluczy. Na fotografii nie ma ich wcale. Są tylko trzej młodzi mężczyźni. Niepodobni fizycznie, więc to na pewno nie rodzina. Co więc ich łączy? Może wspólne interesy, jak w „Ziemi obiecanej”? Stąd trzy klucze, po jednym dla każdego, bo każdy ma dostęp do wspólnych tajemnic.

Bogna Gniazdowska

Moja ingerencja nie zawsze idzie w kierunku dodawania czegoś czy multiplikowania. „Palacze z Liege” to na fotografii spora grupa młodzieńców z fajkami, cygarami, papierosami. Ja wybrałam trzech z nich, za to przedstawiłam ich w niemal naturalnej skali. Bywa, że właśnie ograniczenie szczegółów lepiej oddaje istotę tego, co chcę wyrazić. „Gra” jest tego najlepszym przykładem. Na fotografii gracze pochylali się nad szachownicą pełną figur. Na obrazie dałam im tylko dwa pionki. Dzięki temu emocje są bardziej wyostrzone, napięcie się nie rozprasza.

Bogna Gniazdowska

Przeciwieństwem skoncentrowanej „Gry” jest „Duży kłopot”. Tutaj rozgrywa się melodramat, a tego się nie da opowiedzieć w dwóch słowach. Na fotografii młoda kobieta siedzi otoczona przez trzech mężczyzn w mundurach. To niezwykłe, jak bardzo się różnią od siebie, a równocześnie wszystko mają wypisane na twarzach. Są oczywiście konkurentami, walczą o jej serce. Ona kręci z każdym z nich, bo jest bardzo kochliwa. Każdemu robi awanse, nadzieje, ale żaden z nich nie jest „tym jedynym”. Jeśli się im przyjrzeć, to łatwo ją zrozumieć: pierwszy z nich to Szaławiła; Brunet z wąsami jest nerwowy; Rudy ma fantazję, ale nie daje poczucia bezpieczeństwa. Dodałam jej ciała i szal, który oplata ją jak źródło. Ma twarz jak porcelanowa lalka, a w dłoniach trzyma dwa czarne serca. Miałam z nią mnóstwo kłopotów. Grupa konkurentów jest bardzo zwarta, a ona wciąż mi odstawała.

Bogna Gniazdowska

Takich problemów nie było z „Mandolinistami”. Fotografia pochodzi z albumu mamy mojego męża Mikołaja i wszystko łatwo jest wyjaśnić tym, że to od pokoleń bardzo muzykalna rodzina. Kim są ci muzykujący młodzieńcy, dokładnie nie wiem, ale wydali mi się intrygujący. Jeden ma bałałajkę, drugi mandolinę. Jest w nich taka niewinność, że gdyby ich inaczej ubrać, mogliby być parą muzykujących aniołów.

Bogna Gniazdowska

Pary są zawsze łatwiejsze do rozczytania. Ich relacje emocjonalne, rodzaj uczuć, jakie do siebie żywią, rozpoznajemy od razu. Na przykład dwóch zapatrzonych w siebie księży wyśledziłam na grupowym zdjęciu z jakiegoś zjazdu koleżeńskiego. Dwunastu pozostałych mężczyzn patrzy prosto w obiektyw aparatu, a oni dwaj nie odrywają oczu od siebie. Na obrazie „Rozmowa w cztery oczy”, w sutannach z pelerynkami, patrzą tak, jakby wszystko już sobie powiedzieli. Wyższy jest przebiegły, niższy mądrzejszy, ale jest między nimi jakieś porozumienie.

Bogna Gniazdowska

Coś łączy także dwie dziewczyny, gimnazjalistki z Wołkowyska na Białostocczyźnie. Na fotografii z 1928 roku, ubrane w szkolne stroje, w czapkach i krawatach, podają sobie ogień do papierosa! To robione „na dorosłe” zdjęcie dały w prezencie, bo na odwrocie jest dedykacja „Kochanemu Felkowi – kochające (...) i Fańka”. Imienia tej pierwszej nie widać. Skopiowałam ich stroje, gesty, ale zabrałam papierosy. Obraz ma tytuł „Coś”, bo pokazują sobie jakiś przedmiot, którego my nie widzimy. Jakieś szkiełko, liścik czy dziewczyński sekret.

Bogna Gniazdowska

Świat kobiet zawsze był dla mnie interesujący. Kiedyś podział na sprawy męskie i damskie był surowy. Teraz wszystko się unifikuje. Taką wyspą babskich spraw jest tapczan. Może to jakiś ślad wschodniej tradycji? To na nim, polegując sobie, szepczą, plotkują, kładą kabałę i gryzą landrynki. Na namalowanym przeze mnie „Tapczanie” leżą dwie panienki, które porwałam z fotografii klasy VII z lat 1927–1928 w Wołkowysku. Teraz, zamiast wśród koleżanek i nauczycieli, leżą pod kilimem i kładą karty. Uwolnione od szkolnych rygorów obgadują mężczyzn i przepowiadają sobie, co je spotka.

Najbardziej lubię malować twarze. Wybieram je ze zdjęć czy nawet reprodukcji dawnego malarstwa. Mam taką ulubioną głowę kobiety pędzla Petrusa Christusa, którą często przetwarzam. Bywa, że są to studia do większych całości. Maluję tak długo, aż zrozumiem, „jak to jest”. Czasami przeciąga się to w długi proces. Na przykład „Profil” i „Amerykanka” były w pierwszej wersji głowami męskimi. Z kolei „Pełnia” to kobieta ze zdjęcia, które było punktem wyjścia do obrazu „Duży kłopot”.

Nie zawsze szukam wśród zdjęć nieznajomych. Z rodzinnego albumu pochodzą fotografie moich dziadków. Babka była piękną kobietą. Na fotografii, która posłużyła mi do jej portretu, jest w moim wieku - mężatka z trójką dzieci. Mój obraz jest pytaniem, które sama sobie zadaję: a co ja? Jak to jest ze mną i moimi deklaracjami na życie? Dziadek, którego też namalowałam, był jej sąsiadem. Mocny, przystojny pan. Byłam z nimi bardzo związana. To właśnie dzięki nim przeszłość nie jest dla mnie bezosobowa.



Wybrane prace

zobacz wszystkie