Wyjście awaryjne
Ładnie już było. I wygląda na to, że się przejadło. W ogóle życie artystyczne młodzieży przyśpieszyło i wiele dzieł przeminęło wraz z modą z poprzedniego sezonu. Tempo jest tak ogromne, że nowe pomysły wydają się nadpsute już w momencie urodzin.
Owszem, kiedy przychodzi co do czego, czyli esemes z propozycją wzięcia udziału w wystawie, dobrze jest mieć coś gotowego do powieszenia albo raczej naklejenia na ścianie. Ale w tym samym momencie należy o tym zapomnieć i zająć się czymś nowym. Iść dalej, skacząc po górach. Dorobek nie jest już wartością, raczej balastem. Zasługi kojarzą się z obciachem, warsztat to zbyt jawny wysiłek, własny styl może cię tylko ośmieszyć, a tożsamość to przyklejenie gęby na własne życzenie.
Można powiedzieć, że koledzy i koleżanki Moniki Zawadzkiej ukatrupili wszelki konwenans i kokieterię, jakie ostały się jeszcze w sztuce. Monika na przykład nie rozstaje się z butelką coli light i nienawidzi żółtego koloru, bo jest w nim za dużo słońca. Ze swojego punktu widzenia ma absolutną rację.
Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem jej bezlitosne rysunki, poczułem się, jakbym uczestniczył w wiwisekcji. Jej prace miały ogromną siłę rażenia. Pokazywała je w garażu, który zaadaptowała na galerię i nazwała Zoo. Kiedy udowodniła, że potrafi zmobilizować do wspólnych wystaw najciekawsze (i najbardziej zwariowane) osobowości spośród swoich rówieśników, nadciągnęło nieszczęście – Zoo straciło swoją stajenkę i stało się bezdomne. Przymusowa ewakuacja prowadzi przez bramę Ministerstwa Kultury i Sztuki i w ten sposób Zoo stało się chwilowo najbliższym sąsiadem galerii Art. To – jakże nieoczekiwane i absurdalne- spotkanie zostanie upamiętnione katalogiem i wystawą Wyjście awaryjne. Nihilistyczny karnawał wtargnął na mój teren – trochę się boję...



