Sztuka decydującego momentu

Rozmawia Katarzyna Woźniak

Daniel Zarewicz

W mojej sztuce zawarte jest poszukiwanie jedności w wielości, własnego, indywidualnego głosu, przy zachowaniu ulotności i lekkości formy, której nośnikiem jest eros. O sile oddziaływania klasyków, wewnętrznym dojrzewaniu do tworzenia i odwadze mówienia własnym głosem mówi Daniel Zarewicz.


Z kim się dzisiaj spotkałam?

Jestem artystą. Im większy artysta, tym większa wrażliwość. Wytwarzam materię, ale trzymajmy się ducha. Lubię swoje kolaże, bo udało mi się znaleźć odpowiednią formułę samowyrażenia. Są lekkie jak japońska kaligrafia, a niczego nie kopiują. Oddają moją sprawność manualną i ogrom wykonanej nad sobą pracy.

Daniel Zarewicz

Dlaczego klasycy?

Rozumiem, że chodzi o moje wykształcenie i drogę do tworzenia. Budowanie intelektualnego podglebia pod to, czym teraz się zajmuję, trwało ponad 20 lat. Zawsze miałem wielkie ambicje. Nie osłabiały one jednak nigdy przekonania o wewnętrznym imperatywie tworzenia wizualnych rzeczy. Kiedy wydałem pracę doktorską w 2017 r., poczułem, że to koniec. Że już nie chcę się zajmować przypisami, metodologią. Że jestem gotowy, żeby samodzielnie tworzyć.

Jestem dzieckiem Pałacu Młodzieży - sekcji skoków akrobatyki sportowej, wychowałem się na basenie. W okolicach matury odezwał się we mnie głód wiedzy. Poczułem, że muszę studiować coś unikalnego, co zaspokoi moją moje pragnienie poznania. Przez cały czas studiów klasycznych poświęcałem się pracy nad kulturą grecką, a ich efektem było, między innymi, pierwsze polskie tłumaczenie tzw. Hymnów Orfickich. W 1996r. poznałem profesora Stefana Swieżawskiego, filozofa i historyka filozofii, który miał kardynalny wpływ na mój rozwój. Kiedy byłem na pierwszym roku - on miał 89 lat, ja 19. To była z mojej strony miłość od pierwszego wejrzenia. Jak spotkanie Platona i Sokratesa, bo trwało też, jak u nich, 8 lat.

Daniel Zarewicz

Daniel Zarewicz, Stefan Świeżawski

Dobry nauczyciel uczy kochać, a zły nienawidzić.

Jak na obrazie Michała Anioła dotknąłem ludzi, którzy nauczyli mnie kochać mądrość. Zaczęło się od profesora Swieżawskiego. Filozofia była u niego narzędziem służącym do kształtowania mądrości i wrażliwości. Kolejną osobą, która ma kapitalny wpływ na moją wrażliwość, jest Zbigniew Mikołejko. Jest rockandrollowcem wśród naukowców, a przy tym człowiekiem tak delikatnym, jak bezkompromisowym. Kontakt z takim umysłem daje poczucie wolności. Nieoczekiwane i piękne jest dla mnie spotkanie z Jerzym Prokopiukiem – mędrcem, który w wieku 89 lat ma energię godną dwudziestolatka. Mistrzem jest bez wątpienia mój promotor Włodzimierz Langauer. Nigdy nie próbował ograniczać mojej wolności i wpływać na moją indywidualność. Ten rasowy filolog i historyk cierpliwie znosił wiele moich, dalekich od akademickich zachowań. Cały czas mu się wymykałem, ale on to akceptował. Z perspektywy czasu mam wrażenie, że byliśmy odrębnymi planetami, które jednak miały wzajemny układ grawitacyjny – kulturę starożytnej Grecji i naukową pasję, a tym samym oddziaływały na siebie. Kiedy już wyszliśmy poza relację uczeń-mistrz, staliśmy się przyjaciółmi. A teraz najważniejsze: Kinga Karpati, moja partnerka, mój najmilszy, niezawodny przyjaciel z którą wszystko ma swój wymiar, znaczenie, smak i sens. Myślę, że siła moich prac wynika w dużej mierze z przeżywania tych przyjaźni i spotkań.

Daniel Zarewicz

Daniel Zarewicz, Zbigniew Mikołejko

Spotkanie jako zjawisko ma, zdaje się, istotne znaczenie w twoim życiu.

Czuję się wyróżniony. Niewielu miało w życiu tyle szczęścia, żeby w jednym mieście i przez tyle lat spotkać tak fascynujące, odmienne osobowości i do tego być z nimi w tak bliskim kontakcie. Najważniejsze spotkanie tego roku to z Wojtkiem Tuleyą. Czekałem na nie 21 lat. Prawdziwe spotkanie, bo znajomość trwa od dawna. Być może Wojtek nawet nie wie, że Hermes wpłynął na niego, żeby w tym dniu wszedł na moją stronę i zobaczył publikację ze zbiorem kolaży. Niewytłumaczalne, a jednak się wydarzyło. To mnie właśnie fascynuje w spotkaniach z ludźmi, którzy zmieniają nasze życie. Istnieje pojęcie „kairos” - moment, w którym spotykasz właściwą osobę albo wydarza się w życiu coś, co się właśnie w tym momencie miało wydarzyć. Wówczas następuje anagnorisis – rozpoznanie boga albo boga przemawiającego przez człowieka. To mnie fascynuje w spotkaniach z takimi postaciami jak Prokopiuk, Mikołejko, Swieżawski, moja Kinga czy Wojtek Tuleya.

Daniel Zarewicz

Jerzy Prokopiuk, Daniel Zarewicz

Spotkanie z Galerią Art wymaga przybliżenia.

Tuleyę poznałem pod koniec lat 90. Jako niespełna dwudziestolatek krążyłem w okolicach galerii – już wtedy była jedną z najbardziej prestiżowych. Czułem, że to świat, do którego chcę i mogę przynależeć, ale będzie to wymagać to czasu i pracy – wytyczenia mojej indywidualnej drogi. Jedno jest pewne, nigdy nie miałem wątpliwości, że to z Nim właśnie chcę pracować. Jego talent polega nie tylko na tym, że potrafi sprzedawać obrazy, ale z wielu artystów potrafi wyłowić takich, których ludzie szczerze pragną mieć w swoim otoczeniu. Dla niego obrazy nie są tylko produktem - są dziełem sztuki, więc mają swoje właściwe miejsce w hierarchii potrzeb i pragnień. Dzisiaj trudno mi sobie wyobrazić Galerię Art, w której kierownikiem nie jest Wojtek, w zasadzie wydaje się to niemożliwe.

Słodko się zrobiło.

Pewnie potrzeba było tych lat, żeby Wojtek dostrzegł moje prace, a ja przez ten czas najwyraźniej dojrzewałem do tego spotkania. Fakt, że właśnie on docenił nie tylko kolaże, ale też moją twórczą postawę i drogę, jest dla mnie szczególnie istotne. Tego samego dnia, kiedy prace zostały dostrzeżone na moim wallu na Facebooku, byli u mnie Wojtek z Małgosią Czyńską. To było dla mnie jak trzęsienie ziemi.

Zaczyn społecznościowy.

W Galerii Art wystawia 41 artystów, a chciałoby dwustu. W kolażach kryją się długie lata mojej pracy wewnętrznej. Fakt, że Wojtek docenił nie tylko kolaże, tylko również moją twórczą postawę, jest dla mnie szczególnie istotne.

Wyczekane, wypracowane, przeżyte.

Wyczekane może nie, bo wyznaję zasadę, że jak nie wiesz, co robić, to się ucz. Mistrz jest, ale uczeń musi być gotowy.

Spotykając kogoś niezwykłego, człowiek może, a nawet powinien domniemywać, że ma do czynienia z bóstwem, ale nigdy nie ma pewności. Dostrzegasz człowieka, wykorzystujesz moment, możesz liczyć na to, że inwestycja wewnętrzna ci się zwróci, ale nie może iść za tym interesowność. Jeśli nie podążasz za jakimś człowiekiem z wyrachowania, możesz powiedzieć, że on ci się należy. Nawet nie w sensie posesywnym, tylko psychologicznym, egzystencjalnym. Jego zaistnienie kardynalnie wpływa na nasze istnienie, na nasz los.

Czego szukasz w sztuce?

W najgłębszym stopniu autentyczności, bezkompromisowości i radości. Mam szacunek do odważnego poszukiwania w sobie i poza sobą.

Tworzyć jest trochę dzisiaj trochę za łatwo, a po drugie - trzeba jeszcze mieć z czego w sobie tworzyć.

Sztuka bierze się z doświadczenia?

A nawet dramatu. Słyszałem, że Ola Waliszewska malowała jakiś czas gwaszami, bo nie miała na oleje. Znane są przecież teorie, że wielka twórczość bierze się z biedy. Dostatek rozkaprysza artystę. To tak, jakbyś miała pięć komputerów i nie wiedziała, którego używać do pracy. Artysta powinien mieć z czego czerpać wewnętrznie. Na wystawach pokońcowych ASP co roku widzisz tę samą nudę. Sztuka ma się brać z człowieka: z jego przeżyć, fiksacji, kompleksów, procesów myślowych, emocjonalnych. Sztuka to nie odrabianie lekcji, ale bycie sobą najbardziej, jak to tylko możliwe.

Dla mnie artysta broni się nie wykazem wystaw indywidualnych i zbiorowych, w których uczestniczył, żeby wykazać swoją aktywność. W rzeczywistości zdarza mu się pokazywać wciąż te same prace. To emocje, jakie wzbudza, mają być jego orężem w walce o uwagę. Nie bez znaczenia jest również miejsce, w których wystawia prace. Dlatego czuję się wyróżniony przez Wojtka, który jest dla mnie uosobieniem rasowego marszanda - kolekcjonera, sprzedawcy, a przede wszystkim subtelnego krytyka i wytrawnego znawcy sztuki.

Daniel Zarewicz

Daniel Zarewicz, Włodzimierz Langauer

Ile doświadczenia greckości w twojej sztuce?

Z tej kultury wyniosłem połączenie sztuki z wrażliwością i religijnością. Pięknie te procesy opisuje Wiesław Juszczak w książce „Realność bogów.” To ma również związek z kolorami. Nie tylko płaskorzeźb – chodzi o widzenie w kolorach wrażliwości intelektualnej Greków, ogromnego liberalizmu wobec życia człowieka w kontekście życia bogów, różnorodności, zmienności kształtów, wiary w intuicję. Staram się, żeby w moich kolażach nie było powtarzalności, a konsekwentna zmienność i tematyczna nieprzewidywalność jest moją siłą. W mojej sztuce zawarte jest poszukiwanie jedności w wielości, własnego, indywidualnego głosu, przy zachowaniu ulotności i lekkości formy, której nośnikiem jest eros.

Bacon w wywiadzie „Brutalność faktu” powiedział , że żałuje, że nie nauczył się klasycznej greki. Bo właśnie grecka kultura oddaje najlepiej to, co sztuka Bacona: moc i słabość człowieka jednocześnie, poddanie nieprzewidywalnemu losowi. Jego postaci mają w sobie udrękę i ekstazę, spełnienie i głód. Grecy patrzyli na człowieka rozpiętego pomiędzy lękiem przed nieograniczonymi, wszechmogącymi i patrzącymi na nas bogami a pragnieniem własnej mocy i podmiotowego szczęścia. Kultura grecka ukazuje człowieka w klatce działań zamkniętych pomiędzy tym, jak nie narazić się bogom i uzyskać status herosa. Sztuka starożytna była próbą nadania boskości życiu człowieka na ziemi, stworzenia wrażenia, że człowiek może się skomunikować ze swoją boską naturą. Skala i rozmach tych realizacji i prób są dziś wręcz nieosiągalne.

Jak widzisz swoją rolę?

Moja sztuka ma dawać energię, poprawiać nastrój i krążenie krwi. Dla mnie podstawowym celem sztuki jest dawanie psychicznej siły i zmysłowej radości. Eros to zarówno bóg, jak i siła - przewraca nasze życie do góry nogami. Daje samospełnienie. Dotyka nie tylko sfery cielesnej, jest zaczynem wręcz nowego porządku wszechświata. Doznajemy go dzięki spełnionej miłości. To dzięki niej zacząłem tworzyć, otworzyłem się, stałem się wolny. Kinga powiedziała mi kiedyś: „jesteś zjawiskiem, pamiętaj ze nic nie musisz”. Tym samym dała mi wolność. W głębokim uczuciu liczy się irracjonalne i zgodne z porządkiem serca bezwarunkowe wybranie człowieka przez człowieka. Kiedy doznajemy niezwykłości spotkania, rodzi się graniczące z nieograniczonością poczucie ogromnej mocy. Płynie z tego, że druga osoba stawia twoją twórczość na pierwszym miejscu, bo dobrze wie, że jedynie przez nią można być człowiekiem w pełni spełnionym. Wolność myślenia, tworzenia, działania - to najpiękniejszy dar, jaki mogą dać sobie prawdziwi kochankowie. Przywołuję nieraz cytat z tragedii Eurypidesa, mówiący, że bóg jest momentem (czyli stanem, odczuciem, chwilą), w którym spotykają się kochankowie. Sam moment iluminacji, który towarzyszy wzajemnemu rozpoznaniu dwojga ludzi i towarzyszącej temu radości, można uznać za boga. Z Kingą doświadczam tego stale. Jeśli tak się dzieje, można mówić o spotkaniu już nie dwóch połówek, a właściwie dwóch przenikających się całości.

Czyli sztuka jest swoistą emanacją boskości w człowieku.

Tak. Pytałaś, kim jestem. Artystą, którego wrażliwość – a to potężna, boska siła - skłania do tego, żeby zaczął ją przekładać na twórczość. Żyjemy w systemie, który powoduje, że jak rozbijasz ścianę w galerii bez dyplomu uczelni artystycznej, to jesteś wandalem, a jeśli masz glejt – to artystką. Dla mnie bycie artystą to moment, w którym przestajesz kalkulować, zaczynasz działać bezwarunkowo na przekór czasom i losom. Kiedy twoja wrażliwość domaga się urzeczywistnienia. To, czy później ktoś to zauważy – to zarówno sfera działań greckich bogów, jak i osobistego refleksu, żeby nie przegapić swojej szansy. W tym wypadku ludzka inteligencja jest katalizatorem boskich zamysłów. Jestem z wykształcenia doktorem nauk, bo to karmi mój umysł, ale artystą z przeznaczenia, bo jedynie twórczość pozwala mi na rozbudzenie, zaspokojenie i ukojenie pragnień ciała i namiętności duszy. Mój ulubiony klasyk Zen Daisetz Teitaro Suzki jest autorem maksymy: „great works are done without calculating and thinking”.

Mówiłeś, że kolaże powstają czasami w dużej ilości naraz. Ich wycinanie jest nałogiem?

I tak, i nie. To przede wszystkim zmysłowa przyjemność. Jako zodiakalny bliźniak (urodzony tego samego dnia co Andrzej Wróblewski i Jan Berdyszak) nie chcę być szczególnie do czegoś przywiązany, już samo słowo „przywiązanie” sugeruje ograniczenie, ale z drugiej strony – robię je namiętnie - setkami. To jak śpiewanie, taniec, czysto zmysłowa frajda, trudno sobie jej odmawiać. Być może nałogiem nie jest sama konieczność mnożenia kolaży, tylko moment, w którym to robię. To jak z miłością – kiedy ktoś cię odkrywa dla świata, chce ci się o tym śpiewać, tworzyć, dzielić dobrą nowiną. Wówczas energia się nie kończy.

Robiąc kolaże, oddajesz bogom, co boskie?

Przede wszystkim oddaję sobie. Zmysłom. Bo to zmysłowa czynność - jak rzeźbienie, tylko na papierze. Chodzi o ilość i intensywność, wiesz, że organizm mówi nie, że trzeba wstać, bo skurcze, bo serce, bo zbyt długie siedzenie nie jest dobre dla ciebie, ale fajda jest tak ogromna, że nie myślisz o tym.

Dlatego tak trudno zerwać z nałogiem. Bo ciało stosunkowo łatwo nasycić.

Nałogiem nie jest fakt wytwórczości fizycznej, tylko moment, w którym to robię. Fascynuje mnie odtwarzanie obiektu w pamięci i stwarzanie go niejako na nowo. Zdzisław Nitka i Pablo Picasso mawiali, że obraz co prawda powstaje szybko, ale myślenie o nim może trwać wcześniej bardzo długo.

Czujesz nienasycenie?

Traktowałbym to w kategoriach dionizyjskości. Najstarszy mit dionizyjski mówi o początkach świata fenomenalnego. Dionizos był owocem kazirodczego związku Zeusa ze swoją córką Persefoną. Zazdrosna o cudze dziecko Hera nasłała na Dionizosa tytanów, bo bała się, że ten zastąpi Zeusa - króla wszechświata. Tytani podrzucają mu lustro, w którym się przegląda. Przez to młody bóg przestaje rozglądać się wokół siebie i wpatruje we własne odbicie, tracąc uważność. Tytani dopadają go, rozrywają na części, a bóg-świat, będący jednością, rozpada się na kawałki. Z jedności powstaje wielość. Zeus za karę poraził tytanów piorunem. Apollo zebrał i połączył ich spalone ciała z sercem Dionizosa. Pierwotnie to właśnie on, Dionizos miał być królem świata, ale dopiero z jego rozpadu powstał nasz fenomenalny świat. Z rozszczepienia pierwotnej jedności i połączenia na nowo z dodatkiem komponenty tytanicznej powstał nasz materialny świat i człowiek, który łączy tym samym w sobie dwie natury – boską i śmiertelną. Od tej pory nic już nie jest stałe. Rzeczywistość przypomina kolaż – mieszankę tego, co boskie i ludzkie, wieczne i przemijające. W twórczości wpatruję się w świat, który jest wielością i stwarzam go niejako na nowo – w formie własnych kolorowych hipostaz. To łapczywe, bezwzględne wycinanie świata na nowo. Czasami jak usiądę po północy i chcę zrobić kilka kolaży, kończy się na kilkudziesięciu.

Daniel Zarewicz

Wiesław Juszczak, Włodzimierz Langauer, Daniel Zarewicz

Energia się pomnaża, uwolniona.

W kabale permutacje liter, światów-symboli tworzą nowe znaczenia albo je redefiniują. W starożytności słowo i litera miały charakter światotwórczy, czyli tworzyły nasz świat fenomenalny. Właściwa mi intensywność tworzenia wynika z głębokiego odczucia przeżywania życia i potrzeby stwarzania własnego świata na nowo.

Małgosia Czyńska, oglądając moje kolaże, najtrafniej zdefiniowała ich istotę, mówiąc, że się nie nudzą i że są nieprzewidywalne. To samo mówi o nich Kinga, czyli można powiedzieć, że jestem w pełni spójny z moim dziełem.

Czasami przetwarzam jeden motyw, ale już nowa kompozycja stwarza go niejako na nowo. To w moim przekonaniu katartyczny wymiar sztuki. Tworząc coś niezwykłego oczyszczamy się z rutyny codzienności, nadajmy jej nowe, nasze własne, osobiste znaczenie. Po to właśnie istnieją galerie – świątynie współczesnej sztuki, żeby dostarczyć nam zachwytu, który jest bardziej upajający niż używki.

Widać, że czerpiesz radość z kolaży.

Cieszy mnie odnalezienie formy – własnej, barwnej i nowoczesnej. Na kształt i wyraz moich kolaży mają wpływ bezpośrednio erotyka, humor, ciało, dusza, radość, smutek, greckość, filozofia, religia, kabała wreszcie mój stosunek do literatury, muzyki i sztuki, z którymi obcuję od ponad dwóch dekad. Mój action cutting to jak obrabianie surowego mięsa, krojenie tuńczyka czy luzowanie kaczki. Ruchy muszą być zdecydowane i pewne, a efekt świeży i pociągający. Mam wtedy świadomość tego, co robię i że czerpię z tego radość.

Dionizos namaszczony przez Erosa.

Kontakt ze sztuką to moment, którego język nie jest w stanie uchwycić i opisać; w którym dzieło sztuki w irracjonalny sposób powoduje, że czujesz się lepiej i dziękujesz sobie, że to zobaczyłaś. Wierzę, że to emanacja Erosa. Dzięki niemu nasze życie staje się lepsze. Eros jest bóstwem zrodzonym z nadmiaru i niedostatku. W definicji platońskiej Eros to również niekończąca się pogoń za tym, co pięknie, pragnienie pełni, doskonałości, które odnawia się w każdym działaniu. Dlatego jest mi tak bliskie zagadnienie zachwytu w procesie twórczym – jeśli to w artyście jest, owa pogoń za pięknem, poszukiwaniem idealnej formy, niewiadomego – wówczas dzieło sztuki daje nam niezapomniane i niezbywalne doznania duchowe i zmysłowe, a tym samym czyni nas piękniejszymi - w przenośni i dosłownie.

Człowiek tu, na ziemi ma szanse być nieśmiertelny wtedy, kiedy kocha i kiedy tworzy?

Mówi się, że poetą się bywa. Podobnie jest z nieśmiertelnością. To moment, którego język nie jest w stanie uchwycić i opisać; w którym dzieło sztuki w irracjonalny sposób powoduje, że czujesz się lepiej i dziękujesz sobie, że to zobaczyłaś. Zdaje się, że o to właśnie w życiu chodzi: o dionizyjską radość, opętańcze piękno i miłość, która jest sensem istnienia. Dla mnie nie ma odczucia pełnej radości istnienia bez spełnionej miłości, piękna i bezwarunkowej wzajemności. Jednak każdy odnajduje je inaczej.

Daniel Zarewicz

Czyli nadejście „decydującego momentu” w Galerii Art to forma nagrody dla ciebie za pracę, którą nad sobą wykonałeś.

Poprzedza go 20 latach mojej aktywności na różnych polach między innymi: Uniwersytetu Warszawskiego, teatru Academia, pracowni rzeźby ASP, gdzie przez moment chciałem dowiedzieć się jak to jest: być twórcą i tworzywem. Wielu osób poznanych w tych miejscach nie ma już w nauce i sztuce, ich potencjał nierzadko skończył się w chwili opuszczenia murów uczelni, najczęściej nigdy go nie mieli. Całkiem niedawno, już po moim doktoracie i wydaniu książki („Przywoływanie Bogów” w 2017) Wojtek dostrzegł i docenił moje prace, wyczuł moment i ducha, który domaga się uobecnienia. To wspomniany kairos - bez wątpienia warto było na niego czekać.

Mój stosunek do czasu twórczego jest osobisty i zbieżny bodaj z tym, jak widzi go pisarz Eustachy Rylski. Po debiucie czekał następnych 20 lat na wydanie kolejnej książki. Mówi, że nie tworzy dla nieokreślonej przyjemności, tylko trudnego do zdefiniowania momentu iluminacji, której doznaje, kiedy ukończy swoje dzieło. Dla mnie wydanie „Big Book of Collage 2018” było taką właśnie iluminacją. Nie mogę doczekać się następnej.



Wybrane prace

zobacz wszystkie