Proust jest moim narastającym wyrzutem sumienia

Marta Popławska Rozmawia Marta Popławska



Ignacy Tybor


Z Ignacym Tyborem rozmawia Marta Popławska


MP: Malujesz, piszesz – skąd w tobie zamiłowanie do tworzenia? Czy wyniosłeś je z domu?

IT: O tyle z domu, że nikt mi w tym nie przeszkadzał. Działaniami twórczymi byłem zainteresowany odkąd pamiętam. Aż nadszedł moment, w którym trzeba było zdecydować, czym się w życiu zająć. Nie było jednego impulsu. Najważniejsze było to, że w domu się czytało. Widok czytających rodziców uczynił czytanie oczywistym.

Pojawiły się lektury formacyjne?

Formacyjne nie, ale taką, do której wracam są „Sklepy cynamonowe.” Ze względu na język. Lubię jak coś jest ładnie napisane, rozbuchanym językiem. Choć i prosty język lubię.

W swoich tekstach potrafisz operować jednym i drugim, i językiem ascetycznym, i kunsztownym, enigmatycznym.

Mam tendencję do tego drugiego, ale zadaniowo staram się go upraszczać, bo miewam poczucie nadmiernego patetyzmu, przesady.

Ignacy Tybor Ignacy Tybor

Hamujesz się na potrzeby otoczenia?

Raczej własne. Jest takie moje opowiadanie, „Dziadek wąż”, którego narrator został stworzony tak, bym nie musiał się w żaden sposób powstrzymywać. Bo czasem mam poczucie, że moja twórczość bywa przegadana. Ale pewnie zaraz mi przejdzie.

Wiąże się to z etapem poszukiwań?

Taką mam nadzieję. Byłoby to okropne, gdybym już znalazł, bo co bym dalej robił, zwłaszcza, że jestem jeszcze dość młody.

Rocznik?

‘99.

Medium słowa jako forma wyrazu jest dla ciebie równie istotne, co obraz?

Skończyłem studia plastyczne, gdzie mało jest słowa, obecnie słowo jest dla mnie dopełnieniem. Stąd waga tytułów, które powstają zwykle po namalowaniu. Czytam tak dużo, jak oglądam. Czuję się bardziej ukształtowany przez język, niż przez obraz. Nie myślę obrazem, tylko słowem. Zorientowałem się dość późno, że inni ludzie tak nie mają. I że gdy ktoś mówi, że sobie coś wizualizuje, to mówi zupełnie poważnie, nie jest to figura językowa. Też to wyćwiczyłem, odkąd zyskałem świadomość, że tak można. Umiem więc wyobrażać sobie rzeczy. Jednak naturalne jest dla mnie słowo.

W twoich tekstach pojawia się Proust. Dlaczego on?

Proust jest moim narastającym wyrzutem sumienia.

Bo nie przeczytałeś całego „W poszukiwaniu straconego czasu”? Mój czytnik zawiesił się na nim na amen.

Wcale mu się nie dziwię. Sam co pół roku podejmuję kolejną próbę, każdorazowo docieram coraz dalej. W jednym ze swoich esejów Ryszard Koziołek mówi o tym, że będąc czytelnikiem trzeba sobie prawdziwie uświadomić, że dana rzecz została przez kogoś napisana. W nawiązaniu do Prousta rozumiem to tak: był to istniejący człowiek, który pisząc wykonał tytaniczną pracę – i jest to skrajnie imponujące. Dokonał aktu pisania, my obcujemy z efektem. Tak jak i ja jestem człowiekiem siadającym do roboty, a wszystko, co wykonam, musi przeze mnie przejść. Czytam właśnie „Krwawy południk” Cormaca McCarthy’ego. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale słyszałem, że autor w pewnym momencie pisał cztery książki jednocześnie: każdego dnia przez osiem godzin po dwie godziny każdą. I to jest dla mnie etyka pracy.

Oszałamiająca dyscyplina. Ważna również dla ciebie?

Myślę, że najważniejsza. Stąd nazwa kolektywu, który stworzyliśmy z Jackiem Obraniakiem, z którym poznaliśmy się podczas studiów, na plenerze. Stymulowały nas nasze rozmowy, bardzo cenne. Rzadko spotyka się kogoś, z kim można porozmawiać o swej pracy z poczuciem, że druga osoba rozumie. Długo było to koleżeństwo z nazwą, aż do pierwszej wspólnej wystawy w naszym mieście, na Lodz Abstract Art Festiwal.

TYRA – od tyrki, ciężkiej roboty?

Tak. Nazwaliśmy kolektyw w ten sposób, by nie posłużyć się nazwą zbyt nadętą. To taki słowny żarcik, ale chodzi nam też o to, by traktować twórczość jako pracę.

Praca ta wiąże się z odpowiedzialnością? Podkreślasz ją jako istotny aspekt w tekście, który towarzyszył waszej kolektywnej wystawie „TYRA na LAAF: Kryształowa wieża formalizmu. Wątpliwości w postaci wystawy”. Z jednej strony mowa tam o odpowiedzialności jako przywileju, źródle życiowej satysfakcji, z drugiej: przyczynie lęków i formie obciążenia.

Miałem tam na myśli odpowiedzialność nie społeczną, a skrajnie osobistą. Jeśli działasz twórczo i traktujesz to poważnie, to nakłada to na ciebie odpowiedzialność względem samego siebie: by nie zmarnotrawić potencjału.

Swoją etykę pracy masz zatem w pełni wykształconą?

Wykształcam ją na bieżąco, bywa lepiej lub gorzej. Lepiej gdy świeci słońce, gorzej w listopadzie.

Stosujesz triki automotywacyjne?

Po prostu staram się podchodzić do twórczości jak do każdej innej roboty. Osiem godzin pracy pięć dni w tygodniu. Moja praca sprawia mi przyjemność. Im więcej jej mam, tym więcej mam przyjemności. Im mniej, tym gorzej się czuję. Mógłbym pewnie jakoś sobie z tym poradzić, porozmawiać z kimś na ten temat, ale taki tryb mi odpowiada. Choć wyobrażam sobie, że gdybym pracował w korporacji, to pewnie nie opowiadałbym ci takich bzdur.

W twojej twórczości dokonało się przejście od abstrakcji do figuracji.

To moja osobista opinia, może być dokładnie na odwrót, ale dla mnie abstrakcja była rodzajem bezpiecznego miejsca. Narracja zaprasza do rozmowy, niekoniecznie na własnych warunkach. Podczas gdy o rzeczach formalistycznych rozmawiać można tylko formalistycznie. Tak mi się wydaje. To dawało mi pewien komfort, natomiast wyjście z niego sprawiło frajdę. Przy czym nic nie stoi na przeszkodzie temu, by za pół roku było zupełnie inaczej.

Dużo w twoich pracach skłębionych ciał, walki, konfliktu – skąd ta tematyka?

Sztukę traktuję jako katalizator tego, co siedzi z tyłu głowy, możliwość wygadania się. Przy czym nie chcę uderzać w tony moralizatorskie. W tle malowania słucham rozmów o polityce. Większość poruszanych wątków nie jest pozytywna, bo taka jest rzeczywistość. I siedzi to w człowieku, szuka ujścia, chce się o tym pomalować. Mój dyplom nosił tytuł „Niewyobrażalnie długa wojna”, dotyczył prawdziwych ludzkich tragedii, takich, których ja szczęśliwie nie doświadczam. Ale dla mnie walką są codzienne zmagania z tym, o czym rozmawialiśmy: materią, etyką pracy, własnym oporem. Stąd tytuł hiperboliczny, ale i z lekka ironiczny.

Mam poczucie, że patrząc na świat, uśmiechasz się do niego półgębkiem.

Skoro już patrzeć na świat ironicznie, to powinna być to autoironia, inaczej dopuszczamy się niesprawiedliwości.

Ironia jako forma rozbrajania ładunków emocjonalnych, o których wspominasz?

Tak, dlatego powinna działać w dwie strony. Jeśli traktujesz sprawy zewnętrzne ironicznie, żeby je rozbrajać a brakuje ci autoironii, to sam pozostajesz nierozbrojony. Traktując siebie zbyt poważnie możesz eksplodować.



Wybrane prace

zobacz wszystkie