Błysk zabija kolor
Z Maciejem Przybylskim rozmawiała Małgorzata Czyńska
Kiedy po raz pierwszy dorzuciłeś piasku do farby?
Z pięć czy sześć lat temu. Płaszczyzna obrazu, jego płaskość zaczęła mnie irytować. Idea obrazu jako lustra albo okna się u mnie wyczerpała. Uwierała mnie zasłyszana kiedyś opowieść o tym, jak naucza się malarstwa w akademiach w Rosji, gdzie ponoć profesor przed zrobieniem korekty wizualnej dotyka obrazu i przesuwa ręką od góry do dołu płótna, sprawdzając, czy nie ma uskoków między położeniami farby. Jeżeli są, to obraz nie jest w ogóle omawiany. Takie traktowanie powierzchni obrazu jak świętości wzbudza we mnie bunt. I choć u nas malarstwo materii ma długą tradycję, to i tak, dosypując piasku do farby, czułem, że dokonuję świętokradztwa.
Zacznijmy od początku. Dlaczego wybrałeś sztukę?
Sztuka mocno mnie złapała, nie mogłem wybrać inaczej. W pewnym momencie stanowiła jedyny sens, jedyny powód, który sprawiał, że chciało mi się żyć. Pod koniec podstawówki równolegle zająłem się dwiema dziedzinami sztuki – muzyką i plastyką. Kompletnie przepadłem. Ale na pytanie, co będę robił w życiu, odpowiadałem prowokacyjnie, że chyba zostanę cukiernikiem. Poszedłem do liceum plastycznego, a niedługo potem również do średniej szkoły muzycznej do klasy kontrabasu. Liceum plastyczne rozczarowało mnie do tego stopnia, że pod koniec nauki myślałem: „nigdy więcej sztuki”. Postanowiłem studiować architekturę. I tu niespodzianka. Oblali mnie z rysunku. Na marginesie: od dwudziestu pięciu lat wykładam właśnie rysunek. Po maturze wylądowałem w policealnej szkole budowlanej z zamiarem powtórnego zdawania na architekturę. Rano miałem szkołę muzyczną, po południu tę budowlankę, a wieczorami pochłaniało mnie rysowanie. Szybko doszedłem do wniosku, że złożę teczkę w Akademii Sztuk Pięknych (wtedy jeszcze PWSSP) w Poznaniu. Z wyborem kierunku długo się nie wahałem, bo akurat tak się złożyło, że zobaczyłem na wystawie grafiki Goi z cyklu „Okropności wojny”, i postanowiłem studiować grafikę, techniki metalowe.
Piękny mit założycielski. U kogo byłeś w pracowni?
Grafikę studiowałem u profesora Tadeusza Jackowskiego z krakowskiej ASP. Wtedy przyjeżdżało do nas wielu krakowskich artystów, m.in. Jacek Waltoś czy Jerzy Kałucki. Lata 80. były dobrym czasem dla poznańskiej szkoły. Rysunek studiowałem u profesora Bogdana Wojtasiaka, malarstwo u Włodzimierza Dudkowiaka, ale za swojego ojca artystycznego uważam Bogdana. Miałem z nim jakąś więź, która dawała mi pewność co do tego, co robiłem. Wiele osób, z którymi się stykałem na uczelni, miało na mnie wpływ. To jest niezwykłe doświadczenie należeć do wspólnoty, która tworzy idee. Uważam, że wszystkie osoby, które spotykamy w życiu artystycznym i nie tylko, są współtwórcami naszej tożsamości. Za to jestem bardzo wdzięczny.
Podobno długo byłeś malarzem figuratywnym.
Byłem zdeklarowanym i zagorzałym malarzem figuratywnym, również portrecistą. Przez całe studia fascynowało mnie ludzkie ciało. Niezwykle ważni byli dla mnie tacy artyści jak Francis Bacon i Lucian Freud. Potem odkryłem Balthusa, u którego spodobało mi się to, że dokonywał dużej ingerencji w porządek widzianej rzeczywistości.
Już nie realizm, lecz realizm magiczny.
Właśnie tak. Ujął mnie też hiszpański artysta Antonio López García, ojciec madryckiej szkoły hiperrealizmu. To wszystko było mi bliskie. A potem przyszedł kryzys: czułem, że uderzyłem głową o ścianę i stwierdziłem, że muszę wszystko zmienić. To był moment przejścia. Zainteresowałem się psychologią, zacząłem zdawać sobie sprawę z aktywności psychicznych, nawet tych nieuświadomionych. To przejawiało się w nastroju prac i w próbach przełożenia stanów emocjonalnych na malarstwo.
W psychologii więc należy szukać fundamentu twojej sztuki?
Nie było tak, że inspirację do tworzenia obrazów znalazłem w psychologii, raczej dała mi ona poczucie wolności, sankcjonowała to, co robię. Zacząłem zaglądać w siebie. Oczywiście pierwszą książką z tej dziedziny, którą przeczytałem, był „Wstęp do psychoanalizy” Freuda. Potem zafascynował mnie Carl Gustav Jung. Niektóre jego teksty uświadamiały mi pewne pola, o istnieniu których wcześniej nie miałem pojęcia. Namalowałem serię ekspresyjnych czarnych obrazów, które wiązały się z moimi emocjami. Poczułem się ideowo zakotwiczony. Trzymam się powiedzenia Maxa Ernsta, by jedno oko mieć skierowane na zewnątrz, a drugie do wewnątrz.
Lubisz eksperyment w malarstwie. Malujesz seriami?
Moje obrazy bardzo się zmieniają, zmienia się język, którym się posługuję. Lubię eksplorować nowe idee. W momencie, kiedy jedna wypowiedź się wyczerpuje, już kiełkuje nowy pomysł. Co ciekawe, czasami dostrzegam, że pojedyncze prace sprzed lat mogłyby doskonale wpisać się w nową serię. Pewne pomysły pojawiają się okazjonalnie, ale nie zawsze mają siłę wybrzmieć. Seria daje to wybrzmienie, pozwala wyeksplorować temat, nastrój i język.
Czy muzyka i malarstwo zawsze u ciebie współgrały?
W młodości muzyka była dla mnie wyrazem buntu i rodzajem przyjemności, ale nie łączyła się z malarstwem. Refleksja, że jest inaczej, że to są dziedziny sprzężone, przyszła podczas pracy nad jednym z tych czarnych obrazów. Słuchałem wtedy „Święta wiosny” Strawińskiego. Kiedy obraz był już prawie gotowy, włączyłem V Symfonię Mahlera, i nagle stwierdziłem, że ona w ogóle nie pasuje do mojego obrazu. I pojawiło się pytanie, czy „Święto wiosny” po prostu odpowiadało mojemu ówczesnemu stanowi psychicznemu, czy może było tak zintegrowane z procesem powstawania obrazu, że Mahler w tym momencie wydał się nieznośny. Dziś uważam, że to było doświadczenie intermedialne – i że muzyka potrafi przestroić naszą percepcję obrazu. Ale przecież dotyczy to również codziennych doznań.
Zgłębiłem ten temat w pracy doktorskiej, gdzie badałem wzajemne wpływy awangardy muzycznej i awangardy malarskiej w Europie. Teraz już świadomie idę w tym kierunku, odnoszę się jednoznacznie do zagadnień muzycznych. Dwa moje ostatnie obrazy mają tytuły „Polifonia westchnień” i „Polirytmia zdarzeń”. Były również cykle tytułowane jak numery kompozycji przynależące do opusów, ale również takie tytuły jak kaprys, etiuda itd. W końcu i muzyka wybrzmiewa w moim malarstwie.
Zacząłem też performatywne działania z moim przyjacielem Mikołajem Fajferem. W „Laboratorium dźwięku” badamy zjawisko rezonansu, aktywność mózgu muzyka i słuchającego. To wręcz pole duchowe, które się tworzy między ludźmi. Niektórzy w zjawisku rezonansu widzą narzędzie wzbogacające społeczność.
Ale wracając do malarstwa, to nie jest tak, że do malowania potrzebuję podkładu muzycznego. Odbieramy świat wielozmysłowo.
Bardzo często mówi się, że „artysta dojrzał do abstrakcji”. Abstrakcja jest dla doświadczonych?
Patrząc na siebie czy na młodych ludzi, z którymi pracuję, widzę, że do abstrakcji trzeba dojść. I że to zwykle proces czasochłonny. Sam zacząłem świadomie sięgać po abstrakcyjne formy dopiero jakieś piętnaście lat temu. Ale każdy ma swoją drogę do abstrakcji.
Sypiesz piachem na obraz, lubisz dodawać na płótno różne materiały, budować fakturę.
Faktura jest ważna, jest prowokacją. Malowanie na różnych płaszczyznach uruchamia czy nawet potęguje we mnie wrażliwość, ale również inspirację. Kiedy zaczynam malować obraz, to dopiero szukam jego formy.
Malowanie jest procesem, w którym uczestniczę. Niby kontrolujemy ten proces, ale jego część dzieje się poza naszą świadomością. Habilitację zatytułowałem: „W poszukiwaniu granicy między porządkiem a chaosem”, co odnosiło się z jednej strony do świadomości, a z drugiej – do nieuświadomionego. Zdawałem już sobie sprawę, że istnieją siły psychiczne, które... nie powiem, że wiedzą lepiej, ale wiedzą inaczej.
Lubisz, kiedy obraz cię zaskakuje?
Uwielbiam. Lubię, kiedy w trakcie malowania przytrafia się problem, kiedy wydarza się coś, co mnie wytrąca. Jeżeli uda się to przeskoczyć, ujawnia się coś niespodziewanego. Poruszenie materii na obrazie jest próbą utrudnienia sobie położenia plamy, bo materia sama w sobie rozmalowuje kolor – czerwień na gładkim i czerwień na chropowatym jest inną czerwienią.
Podoba mi się chropawość twoich obrazów. Dodaje szlachetności.
Lubię chropawość, matowość. Błysk zabija kolor.
