Trzeba się owinąć metalem
Wywiad z Marią Kiesner przeprowadzony w pracowni artystki na warszawskiej Pradze, przed otwarciem wystawy „Islandia”.
Dlaczego zaprosiłaś nas na Islandię?
Czasami zdarza się, że podróż zmienia człowieka. Tak było w moim przypadku. Może z powodu rzadkiego przebywania w naturze, a może dlatego, że była to wyprawa z moją nastoletnią córką. Kierunek obrałyśmy na jej życzenie, dopiero w trakcie okazało się, że spełniam też własne marzenia. Zrobiłyśmy klasyczny objazd busem dookoła wyspy z wycieczką organizowaną przez małe biuro podróży. W trakcie tych długich tras za oknem nieustannie zmieniał się pejzaż, trochę jak w kalejdoskopie. Uwielbiałam siadać obok kierowcy. Miałam wtedy rozległy widok przez przednią szybę, która jako jedyna nie zmieniała kolorów, te w głębi busa były przyciemnione. Postoje miewaliśmy przy wulkanach, złożach rud, więc mogłam się przyjrzeć kolorom ziemi, skał. Wspinaliśmy się też do miejsc, z których rozpościerały się widoki po horyzont.
Coś przykuło Twoją uwagę?
Pierwszy raz w życiu zobaczyłam tak intensywną czerń. W polskim pejzażu ona właściwie nie występuje na powierzchni. W Islandii czułam się tak, jakbym przemierzała wielkie koło barw i wycinała z niego fragmenty, jak kawałki torta. Najpierw zanurzałam się w czerniach, zieleniach i grafitach, by po chwili tonąć w ugrach, albo jakichś piaskowych tonacjach. Walczyłam ze sobą, żeby nie zasypiać w trakcie jazdy. Tak szybko zmieniał się ten krajobraz. Gdybym teraz wzięła do ręki mapę Islandii i stanęła z nią przy obrazach, to mogłabym pokazać, skąd pochodzi dana paleta barw.
Islandia jest wysunięta daleko na północ. Czy ten odmienny kąt padania promieni słonecznych miał wpływ na Twój odbiór kolorów?
Na jednym z obrazów odtworzyłam bardzo charakterystyczne dla Islandii prześwietlenie. Widzisz ciemne niebo, a budynki błyszczą w promieniach. U nas takie światło można zobaczyć tylko gdy nadchodzi burza. Na Islandii takiego efektu doświadczałam niemal codziennie. Zatrzymaliśmy się raz w miasteczku, w którym stały bardzo ładne hale przetwórstwa rybnego. Nie namalowałam ich, ze względu na dość oczywistą bryłę, ale pochłonął mnie ten moment, w którym cała okolica była wypełniona albo przez jaskrawe światło, albo głęboki cień, dzięki temu od razu wydobywał się wyraźny rysunek pionów i poziomów.
Twoje obrazy to nie jest czysta abstrakcja oparta na kolorze.
Oczywiście, że wypatrywałam architektury. Początkowo uparcie szukałam geotermii. Kiedy wyjeżdżaliśmy, fotograf, który chwilę wcześniej realizował na Islandii sesję modową, uczulił mnie, żebym przygotowała się na widoki geometrycznych rur przecinających doliny. W efekcie to nie rury przyciągnęły moją uwagę, choć bardzo się za nimi rozglądałam. Za to pociągały mnie wszelkie maszty. Jeden z obrazów namalowałam właśnie ze względu na nie. Korzystałam ze starej pocztówki. Chciałam pokazać, jak maszty organizują przestrzeń. Także elewacje, pokryte blachą falistą nadają rytm. Klimat Islandii jest na tyle surowy, że trzeba się owinąć metalem, zapuszkować wręcz. W Polsce częściej zobaczysz budynki pokryte drewnem.
Bardzo specyficznie przyglądasz się architekturze.
Nie wiem czy to widać w moim malarstwie, ale ja budynki właściwie wycinam. One są takim ciągłym sprawdzaniem co pozostaje oświetlone, a co kryje się w cieniu. Lubię też tajemniczość. Czasami budynki wyłaniały się z mgły. Namalowałam przedmieścia z domkami rekreacyjnymi. Przypominały mi polski pejzaż z epoki PRL-u i ośrodki wypoczynkowe. Jednocześnie były jak sceneria skandynawskiego kryminału. Lubię ten rodzaj napięcia ukrytego w architekturze.
Jim Jarmusch też lubi przedstawiać całe pierzeje miasta widziane przez okno.
„Noc Na Ziemi” to dla mnie doświadczenie pokoleniowe. Bohaterowie jego filmu przyglądali się różnym miastom z taksówki. Ja oglądałam krajobrazy z busika. Podróż odbyła się w sierpniu, więc spaliśmy na polach namiotowych, rzadziej w hotelach, schroniskach. Została ze mną ta atmosfera kempingu. Ludzie podróżując po Islandii bardzo wcześnie wstają. Wieczorem zasypiasz w miejscu, w którym jest pełno ludzi, kiedy się budzisz o 6 rano nikogo już nie ma. Nawet hotele sprawiały wrażenie opustoszałych. Czujesz, że dosłownie przed sekundą ktoś tu był, ale wyszedł. My też szybko się ulatnialiśmy. Nasz przewodnik dbał o atrakcyjny plan dnia, dostosowywał się do nastrojów grupy. Nie pchał się na afisz, tylko pozostawał trochę w cieniu. Żadnych tam gawęd przy ognisku.
Zdradziłaś się przed nim ze swoją profesją?
Oczywiście, w pierwszych słowach mojego listu. Spędzaliśmy wiele wspólnych godzin w trakcie jazdy. Przewodnik opowiadał o Wyspach Owczych, Norwegii, snuł plany rozwoju biznesu. Już po tym jak wróciliśmy do Warszawy wysyłał filmiki pokazujące jak pokonuje te same przełęcze, ale już zaśnieżone. Bardzo mnie cieszył taki wgląd w życie nomady.
Islandia z Twoich obrazów jest pozbawiona ludzi. Domy bez mieszkańców?
To jest rzeczywiście pytanie, które najczęściej słyszę, dlaczego w moim malarstwie nie rezerwuję miejsca dla ludzi. A ja po prostu nie chcę by skradli uwagę. Ludzka postać zawsze wywołuje pytania o to, kto został przedstawiony. Wolę, żeby narracja koncentrowała się wokół architektury. W przypadku Islandii sprawa była o tyle ułatwiona, że niespecjalnie tych ludzi było widać. Wielokrotnie nie musiałam nawet niczego kreować. Odwiedziliśmy raz miasteczko przykryte lawą, którego ludność ewakuowano w ciągu kilku godzin po erupcji wulkanu, mieli chwilę na zabranie podręcznych bagaży. O czym na miejscu opowiadała wystawa zdjęć. Wylądowaliśmy tam trochę przypadkiem, po tym, jak pogorszyła się pogoda i zmieniliśmy plany. To było dla nas przejmujące doświadczenie. Zaczęliśmy szukać filmów. Znaleźliśmy reportaż opowiadający o tamtych wydarzeniach. Zresztą nie pierwszy raz przyciąga mnie motyw wyludnionych ulic. Lata temu podobne doznania wywołał we mnie opustoszały Nowy Jork.
Mówimy o tym Nowym Jorku, wielkiej metropolii?
Tak, ale w szczególnym momencie. Kiedy tam przylecieliśmy na wakacje miasto tętniło życiem. Po kilku dniach nastąpił atak na World Trade Center. Nagle metropolia stała się milcząca, cicha. Ulice przez kilka dni wyglądały na opuszczone. Mnie taki dramatyzm pustej przestrzeni miejskiej bardzo porusza. To zalane lawą islandzkie miasteczko wywołało we mnie podobne odczucia. Powstał na ten temat obraz. Efekt wzmocniłam czarną geometryczną formą, która jest de facto lawą, która zastygła u progu domu. Poruszyła mnie i ta historia miejsca, i jego pustka. Tak jakby zwierzyna wyszła na myśliwego. Moja córka pod wpływem tych widoków zaczęła dociekać, dlaczego w tych domach nie można mieszkać. To są piękne budynki. Wyobraź sobie, że masz nowy dom, w nim kanapy, szafy, telewizory i zostawiasz to, zabierając niewielki bagaż podręczny. Pozostajesz bez prawa do powrotu. Z daleka to osiedle wyglądało jak każde inne przedmieście.
Niektóre budynki na Twoich obrazach przypominają bardziej struktury geologiczne. Nawet mimo tych wyraźnych linii prostych.
Kiedy wróciłam z Nowego Jorku, zaczęłam malować obrazy inspirowane zdjęciami z tamtego okresu. Miałam wrażenie, że kamienne fasady budynków, wysokie chłodne ściany wieżowców, zamieniły się w wąwozy. Do tego dym i jakaś postapokaliptyczna sytuacja zatopiona w ciszy. Po tych doświadczeniach skupiłam się na architekturze modernistycznej. Ona jest dla mnie trochę nierzeczywista. Ma w sobie coś z utopii. Co ciekawe, architekci tworzyli te konstrukcje w przekonaniu, że budują lepszy świat. Geologiczny charakter moich prac wynika też z ciągot do abstrakcji. Bardzo lubię sposób myślenia o geometrii, który reprezentuje malarstwo Włodzimierza Pawlaka. U niego linia sugeruje bryłę.
Opowiedz jeszcze o stacjach benzynowych.
Lubię motyw infrastruktury energetycznej. Na Islandii stacje benzynowe są często jedynymi centrami życia, gdzie po długiej podróży możesz zjeść, wypić, zatrzymać się, odpocząć na chwilę. One są zawieszone w krajobrazie. Co szczególnie rzuca się w oczy na zimowych zdjęciach, gdy dookoła jest tylko śnieg i niebo. Islandię cenię za oszczędność i dopasowanie. Nawet gdy odwiedzaliśmy atrakcje turystyczne, na parkingu czekała odpowiednia liczba miejsc postojowych. Jednocześnie wszystko jest minimalistyczne, w punkt. Dlatego ten wyspiarski krajobraz i cisza są tak obezwładniające, relaksujące. Nawet na lotnisku, które zazwyczaj kojarzy się z pośpiechem, była tak spokojna, senna atmosfera, że o mało nie przegapiliśmy powrotnego lotu.
