Kąpiel z Blakiem

Tekst: Patrycja Pustkowiak

Wśród wielu moich dziwactw najważniejsze jest to, że do wanny zawsze chodziłam z Williamem Blakiem. Jeśli chodzi o to, jakie dzieła wybierałam, to już różnie. Najczęściej chyba Miltona. Milton to była czysta sztuka, dosłownie.

Katarzyna Karpowicz

W najdziwniejszym dniu mojego życia też to zrobiłam – rozebrałam się, weszłam do wanny pełnej gorącej wody i wzięłam do ręki Blake’a. Za oknem szalała wichura. Zawsze dobrze ją słyszałam. Mieszkałam w Krakowie, na Dębnikach, w jednej z uliczek szerokości szalika, tak ciasnych, że między moją kamienicę a tę kolejną, z naprzeciwka, ledwie wciśnięto drzewa. W czasie wiatru ich gałęzie stukały mi w okna jak potępieńcy, tak mocno, że – jak miałam wrażenie – drżały od tego nie tylko wszystkie garnki w komodzie, ale i moje obrazy, te na ścianach i na sztalugach, czekające, aż je dokończę.

Leżałam w wannie już od pół godziny, woda nakrywała mnie jak ciepły koc. Byłam sam na sam z Williamem Blakiem. Prawda jest taka, że zawsze byłam z nim sam na sam. William Blake był mi najlepszym towarzyszem życia. Jedynym, jakiego miałam.

Katarzyna Karpowicz

Czasami udawałam, że jest inaczej. Rano ubierałam się w moją ulubioną sukienkę barwy nieba po nawałnicy, robiłam sobie cztery jajka na miękko – cztery to liczba adekwatna do posiadania idealnej rodziny – i niosłam je na stół jak cyrkowiec, dokładnie obliczając kroki, dbając o rytm i precyzję, wreszcie kładąc je na stole zasłanym wykrochmalonym obrusem i zjadając, jakbym swój smutek zjadała – w dokładnie obliczonych, biało-żółtych dawkach, a każdy kęs uwierał mnie w gardło jak kawałek starej kołdry. Cztery jajka, w tym trzy dla moich nieistniejących bliskich, znikały w moich ustach, jakby to była jakaś długo ćwiczona sztuczka. Potem siedziałam przy tym stole, martwa jak natura z mojego ostatniego obrazu, martwiąc się już nie tylko o swoją przyszłość, ale i o cholesterol.

Sto lat samotności – zawsze żałowałam, że ten tytuł jest zajęty, ponieważ powinien być tytułem mojej biografii.

Westchnęłam ciężko i na chwilę zamknęłam oczy. Wodny pled szczelnie mnie otulał, czułam się, jakbym była znów mała jak główka od szpilki i pływała w wodach płodowych mojej matki, obijała się o trzustkę i wątrobę – och, jak często chciałam tam wrócić, złożyć zażalenie z powodu wypchnięcia mnie w świat, na Dębniki, prosto w wichurę, prosto we wszystkie punkty zapalne miasta, w krajobraz siedzący tam za szybą jak potwór; za oknem padał deszcz, jego krople miarowo uderzały o szyby.

Katarzyna Karpowicz

Kiedy otworzyłam oczy, siedziałam sama przy drewnianym stole, w całkiem pustym pokoju. Przede mną, na talerzu, leżały owoce jarzębiny, czerwone jak strój toreadora.

– Załóż maskę – rozkazała mi jedna jarzębinowa kulka głosem, który brzmiał, jak gdyby pochodził z wnętrza studni.

Obejrzałam się w prawo, na ścianę. Wisiało na niej mnóstwo masek o różnych kolorach, cienkich i delikatnych, zrobionych jakby z naleśnikowego ciasta lub – czego zaczęłam się obawiać – z ludzkiej skóry. Przestraszyłam się i zaczęłam protestować.

– Po co? Nie chcę. Dlaczego nie mogę być po prostu sobą? – zapytałam już bardziej ugodowo i zrozumiałam nagle, jak mało to znaczy. Moja twarz wydała mi się jabłkiem, które wypadło mi z dłoni i potoczyło się gdzieś daleko, poza zasięg mojego wzroku.

Żeby, jak to mówią, odnaleźć siebie, zajrzałam w oko zwierciadła, które stało na stole. Było miedzianozłote jak rybie łuski. I przeraziłam się jeszcze bardziej – nie widziałam w nim swojego odbicia. Im dłużej się nad nim pochylałam, tym bardziej mnie tam nie było. W lustrze odbijały się tylko maski, które – jak się zorientowałam – wisiały wszędzie, na wszystkich ścianach, festiwal, karnawał, horror masek, które otoczyły mnie nagle jak wilcza wataha i wbijały we mnie puste spojrzenia, wykrzywiając twarze w gumowym uśmiechu.

Jarzębinowe kulki zaśmiały się złośliwie, sycząc. Od tego gromkiego śmiechu maski na ścianie zaczęły się ruszać. Drżącą ręką, nie patrząc na nie, sięgnęłam po pierwszą z brzegu i powoli założyłam ją na twarz.

Katarzyna Karpowicz

Kiedy przez nią spojrzałam, stałam całkiem naga w zupełnie innym pokoju, ubierały mnie inne kobiety.

– Buty na ślub ci przyniosą drewniane – powiedziała jedna z nich i delikatnym ruchem ręki zdjęła mi maskę z twarzy. Zastanawiałam się, co jest teraz w jej miejscu – nie zdziwiłabym się nawet, gdybym na szyi nosiła księżyc.

– Druhny od rana czekają w sadzie – powiedziała inna. – Drzewa już białe i białe ich sukienki. Punkt południe wszystkie zdejmą maski.

– Tamte dwie wyrosły na drzewach – odezwała się kolejna, z niepokojem, jakby ostrzegawczo. Miała tak dziwnie upięty kok, że wyglądało to tak, jakby na głowie siedziało jej jakieś zwierzę. – Dwie kuzynki na starych gruszach.

– Będą zbierać owoce i je zbiorą – rzekła surowo najstarsza z nich.

– Jedna jeszcze leży naga wśród krzewów – szepnęła najmłodsza, ale zamilkła pod karcącym wzrokiem tej starej.

– Już czas, już czas. Oni kończą partię szachów! – gorączkowała się ta z kokiem na głowie.

Wzięły mnie pod ręce i poprowadziły do pokoju obok; zdążyłam tylko szybko rzucić na siebie okiem. Na moim ciele nie było śladu włosów. Byłam naga i gładka jak ryba.

Stanęły za mną i okryły mnie aksamitną narzutką, kolorem przypominającą rozpołowiony owoc granatu; nie chcę nic mówić, ale w pewien sposób przypominało mi to Chrystusowe szaty, co znów mnie przeraziło. Rozglądałam się wkoło w panice, czy aby nie ma tam krzyża.

– Nie na krzyżu. – Ta najmłodsza zachichotała. – Jeśli już, to na byczym rogu.

– Za nią tamte wyrosły na drzewach. – Stara zdecydowanie ucięła temat. Jak zrozumiałam, miało to być dla mnie pocieszeniem.

Zawinęły na mnie tę czerwoną szatę tak, że wyglądała jak sukienka; pulsowała barwą krwi. Na twarz założyły mi czarną maskę byka przystrojoną barwnym wiankiem świeżych kwiatów; na niektórych były jeszcze krople rosy, drobne i błyszczące jak perełki. Potem poprowadziły mnie do innego pomieszczenia. Tam czekał już młody mężczyzna w stroju toreadora. Wyglądał, jakby właśnie zbudził się z głębokiego snu. Jego twarz wydawała mi się znajoma. Wpatrywałam się w nią uparcie jak w zaćmienie słońca.

– William – przedstawił się. – William Blake. Też lubię jajka.

Otworzyłam oczy, tak ciężkie, jakby do każdej powieki przymocowano mi po jednym odważniku. William Blake – w postaci książki – pływał w wannie jak nieodkryty jeszcze gatunek ryby. Piscis papierus. Powoli się podniosłam i wyszłam z wanny. Akurat skończyła się wichura. Odetchnęłam głęboko i spojrzałam w dół. Wtedy pod moje stopy potoczył się mały, czerwony jak bycza krew owoc jarzębiny.



Wybrane prace

zobacz wszystkie